Już od 2014 r. współpracuję z MaxRoy.com, czyli prężną grupą ogarniającą marketing w internecie. Choć dziś ta działka mało komu wyda się nowinką, w czasie, gdy Cezary Lech rozpoczynał swój biznes, był jednym z pierwszych w Polsce.

 

„Make it big” zdaje się być mantrą powtarzaną przez jego ludzi. Każdy event, jaki miałem okazję dla nich prowadzić, był imponujący. Kiedy w czerwcu 2014 trafiłem do Multikina Złote Tarasy, by być hostem „Search Marketing Day”, byłem pod wrażeniem wielkiego ekranu, na którym swój świat prezentowali i objaśniali prelegenci. Chwilę po zakończeniu konferencji byłem już w Pure Sky Club, niezwykle prestiżowym miejscu, z którego widać całą Warszawę. Choć dziś ten biznesowy klub w wieżowcu Skylight już nie istnieje, moje wspomnienie o panoramicznym widoku na drapacze chmur długo pozostanie żywe.

Na początku 2016 r. – już pod marką SprawnyMarketing.pl – wystartowały zapisy na konferencję „I love marketing”. Jest wyjątkowa, bo zgrywalizowana. Co to znaczy? Prelegenci zagwarantowaną mają tylko podstawę gaży. To jednak, ile ostatecznie wyniesie ich wynagrodzenie, zależy od jakości prelekcji. Łącznie do rozdysponowania jest 70 tysięcy złotych! Toczy się więc gra o uznanie widzów, której smaczku dodaje limitowany czas wypowiedzi. Każdy z występujących musi się bowiem uwinąć w 18 minut.

Zadanie prowadzącego podczas takiej konferencji nie jest łatwe. Jestem strażnikiem czasu! Muszę upewnić, że poszczególne prezentacje będą się odbywały zgodnie z planem. Skoro 18 prelegentów ma wystąpić od między godziną 10:00 a 18:00, a przewidziane są też krótsze i dłuższe przerwy, to zadanie nie będzie łatwe.

 

Czasem mogą Cię zaskoczyć sytuacje takie jak zestresowana prelegentka, która po zakończeniu wykładu ani myśli schodzić ze sceny. Pamiętam taką sytuację, gdy pojawiłem się na scenie, by zapowiedzieć kolejne spotkanie, ale zauważyłem, że nie jestem sam. Zapytałem więc sympatycznie tę panią, jak podobał się jej występ.

 

– Oj, nie wiem. W dodatku to światło. Widzi pan? Strasznie oślepia! – wypaliła.
– Mówi pani, że bez niego by było lepiej?
– Myślę, że tak – stwierdza prelegentka, na co ja proponuję, by jej światło wyłączyć. Pani stwierdza, że „teraz jest super”, a jej na to, że owszem, tylko nikt jej nie widzi. Śmiech widowni. 

 

Widzę, jak stres powoli z niej schodzi. Zapalamy światła z powrotem.

Dziękuję pani, a w duchu cieszę się, że udało mi się w uprzejmy sposób zasugerować, że musimy dalej biec z programem.

Nie ukrywam też, że ogłoszenie wyników nie należało do najłatwiejszych zadań w życiu konferansjera. Choć na zamieszczonym wyżej video tego nie widać, bo zostało to umiejętnie wycięte, na scenie spędziłem czas o wiele dłuższy niż zakładany. Uczestnicy konferencji mogli bowiem głosować na ulubionych prelegentów. Gdy więc zakończył się ostatni występ, widzowie słusznie oczekiwali wyników. Problem w tym, że wychodząc na scenę w celu ich ogłoszenia, nie miałem jeszcze żadnych informacji. Spędziłem więc niezapomniany czas sceniczny. Sympatycznie podsumowałem z pamięci (praktycznie zawsze staram się nie czytać z kartki) dotychczasowe wątki wyłaniające się z prelekcji, a także rozpocząłem umiejętne podgrzewanie atmosfery. Poprosiłem tylko realizatorów o to, by w tle moich kolejnych słów rozbrzmiewała muzyka rodem z „Milionerów”, i już wkroczyłem do działania. Przypomniałem, o jak dużą stawkę gra się toczy. Wyczytywałem nazwiska kolejnych osób, które czekają na ogłoszenie wyników. Opisywałem emocje, które prawdopodobnie im towarzyszą. Kolejne minuty jednak mijały, a organizatorzy wciąż pokazywali mi rozpoznawalny międzynarodowo gest „nawijaj dalej”. Improwizując więc w dalszym ciągu, poprosiłem, by na scenie pojawił się przynajmniej jeden z czeków, które dziś znajdą swoich właścicieli, a także zaprosiłem jedną z hostess. Grunt to nie zostać na scenie samotnie! W końcu – po jakichś 15 minutach – dostałem upragnioną kopertę z wynikami. Tu jednak przyznać się mogę do drobnej wpadki, bo nie rozłożyłem jednej z kartek do końca, i sądziłem, że wyczytanych zostanie tylko 5 najlepszych prelegentów. Okazało się, że wyczytać trzeba aż dziesięcioro. Gorzej, że zdążyłem wyczytać już miejsca piąte, czwarte i trzecie! Jeśli jednak jesteśmy naturalni, a także potrafimy się przyznać do błędu (najlepiej z uśmiechem), publiczność wszystko wybaczy. A nawet będzie się bawiła jeszcze lepiej. Ja mam zaś nadzieję, że tak fantastyczni prelegenci jak Paweł Tkaczyk czy Monika Czaplicka wybaczą mi ten szczegół. To właśnie podczas „I love marketing” miałem okazję poznać Mariusza Łodygę, założyciela Premium Consulting. Podobnie jak ludzie z MaxRoy, wiele wie o e-marketingu, ale ma swoją specjalność. „Kreujemy silne marki” – stwierdza z dumą, a następnie prezentuje imponujące case study. Marki osobiste, a więc sylwetki zawodowo spełnionych ludzi, dzięki niemu nabierają dodatkowego tempa. Sam jestem tego przykładem. To właśnie prezentacja Mariusza zachęciła mnie do stworzenia własnej strony internetowej – na której teraz jesteś. I to Premium Consulting ją wykonało. Nie przesadzę więc, że na warszawskiej konferencji „I love marketing” udało mi się połączyć przyjemne (konferansjerka) z pożytecznym (rozwój osobisty). Tym bardziej nie mogę się doczekać drugiej edycji, którą poprowadzę już 25 października 2016 roku.